Rewolucja zjada własne dzieci

Ostatnio temat poszerzania granic miast staje się coraz bardziej popularny. Rzeszów przygotowuje się do tego nieco mniej medialnie, za to Opole szturmem wzięło wszystkie „sensacyjne” programy, pokazując przerażonych mieszkańców (o Rzeszowie, poglądowo o Opolu). Kraków postanowił, że nie będzie gorszy (warto przeczytać!).

Wszystko zaczęło się niewinnie, m.in. od spadku cen samochodów. Taki do jeżdżenia po mieście spokojnie kupimy w cenie smartfona i pewnie posłuży nam dłużej od telefonu. To wystarczyło by urban sprawl z ciekawostki przekształcił się w zmorę wszystkich miast, od największych, zatłoczonych metropolii, po senne miasteczka.

Miasta pod ścianą (perspektywa władz miasta)

Kowalski dobrze zarabia, ma samochód, żonę i dwa koty. Postanawia wziąć kredyt i wybudować dom 10 km od miasta, kupuje też z żoną drugi samochód. Przestaje płacić podatki w mieście. Nie przeszkadza mu to jednak zawozić dzieci do miejskiej szkoły, jeździć tu do teatru i szpitala i atakować miasto w internecie, że nic nie robi z korkami.

bilans: codziennie na wylotówce przybyły 2 nowe samochody, rośnie problem ze smogiem i korkami. Zmniejszyły się wpływy do budżetu, chociaż obciążenie miasta zostało takie samo lub nawet wzrosło.

Zabiorą nam chodniki żeby finansować patologie (perspektywa mieszkańców)

Kowalski w końcu uciekł przed smogiem! W weekendy grilluje w swoim ogródku rozmiarów niewielkiego balkonu i delektuje się widokiem pagórków porośniętych prastarym lasem. Albo przynajmniej widokiem czubków najwyższych drzew, bo deweloper wybudował jeszcze 4 rzędy szeregówek. Codziennie tkwi w coraz większych korkach, co tylko potwierdza słuszność decyzji o przeprowadzce. Cieszy się, że wszyscy sąsiedzi są w podobnym wieku i żyją na podobnym poziomie, okolica jest bezpieczna, a wójt ostatnio zamontował ledowe latarnie (szpan na instagramie fotkami po zmierzchu).

bilans: w końcu na swoim, cisza, spokój i bliskość natury, niech się to miasto ode mnie odczepi! I niech ludzie w końcu zaczną lajkować moje zdjęcia z latarnią w tle!

Razem czy jednak osobno?

Debata nad przyłączeniem nowych gmin do miasta przypomina dyskusję o autonomii Śląska. W skrócie: bogaty region nie chce utrzymywać biednych. Tak samo z miastami – gminy takie jak Zielonki pod Krakowem są bogate i jeśli pominiemy chaos urbanistyczny nie mają większych zmartwień, podczas gdy miasta (np. Kraków) są w coraz trudniejszej sytuacji finansowej i stają przed niezwykle trudnymi wyzwaniami infrastrukturalnymi, których skala je przerasta. Bogate niewielkie gminy stają się łakomymi kąskami.

Jak rozszerzał się Kraków? 

Krk-granice

źródło: lovekrakow.pl

Czy miastom faktycznie chodzi tylko o pieniądze? Najczęściej tak, chociaż dochodzi do tego jeszcze ambicja radnych, którzy już widzą swoje popiersia w siedzibie urzędu miasta. „Zaanektował Zielonki” głosiłby podpis pod spiżowym pomnikiem w napoleońskiej pozie. Wciąż brakuje szerszej wizji, a w wypowiedziach radnych czy prezydentów dominuje hipokryzja i kult własnego ego.

Bądźmy jednak szczerzy – mieszkańcy przedmieść też mają za uszami. To dzięki nim mamy w miastach gigantyczne korki i tłok w szkołach. To oni korzystają „za darmo” z infrastruktury miejskiej, oburzając się, że ktoś im za to każe płacić.

Kto ma w takim razie rację? To zależy. Jeśli pieniądze pozyskane dzięki poszerzeniu granic miasta zostałyby wykorzystane na innowacyjną i nowoczesną infrastrukturę, takie rozwiązanie byłoby w dłuższym okresie korzystne również dla mieszkańców przedmieść. Pomogłoby to również sprawnie zarządzać rozlewającymi się miastami. Taką sytuację znajdziemy jednak głównie w książkach na dziale z fantastyką naukową (gdzie sądząc po polskim krajobrazie znajdują się wszystkie książki z gospodarki przestrzennej). W rzeczywistości prawdopodobnie pieniądze posłużą łataniu dziur w budżecie i w efekcie mieszkańcy przedmieść na tym stracą, a nikt nie zyska. Za to radny będzie miał swój pomnik.

 

Piketty a nieruchomości

Ludzie wypożyczają jego książkę i idą z nią do kawiarni, żeby pokazać, że zaliczają się do śmietanki intelektualnej społeczeństwa. Podobno można kupić koszulki ze słynnym „r>g”. Atakowany za bycie gorszym od Marksa, choć w rzeczywistości broni wszelkimi sposobami kapitalizmu. Thomas Piketty. Człowiek, który napisał najbardziej nieczytaną książkę wszechczasów (sprawdź zabawny ranking Wall Street Journal). A jednym z głównych bohaterów są nieruchomości!

Czytanie Kapitału XXI wieku nie jest łatwe. Starając się przez nią przebrnąć, cały czas miałem wrażenie, że treść można by było zmieścić w 30% objętości, a cała książka jest po prostu przegadana. Kojarzycie pewnie cytat z Dnia świra o padających drzewach? Ja miałem dokładnie to samo przewracając kolejne kartki…

Boli mnie, gdy wyrzucam dodatki z gazety, widząc oczami myśli padające lasy. „Dom” wyrzucam – dąb pada. „Turystykę” – lipa. „Komunikaty” – świerki jak zimowe kwiaty. „Auto-moto” – jak maszty upadają sosny. „Supermarket” – to modrzew, klon – „Nieruchomości”. „Mój Komputer” – i buk się korzeniem nakrywa. A z każdym precz dodatkiem ich żywicą krwawię.

Polecam przeczytanie opracowania autorstwa Stevena Pressmana, emerytowanego profesora ekonomii z Monmouth University (szczegóły na końcu tekstu). Zaoszczędzimy dużo czasu i łatwiej będzie zapamiętać najważniejsze kwestie.

r>g, czyli co?

R>g. To jest kwintesencja pracy Piketty’ego. Z natury szybciej rosnące r powoduje rosnące nierówności. Tym gorzej dla nas, że przewiduje się w najbliższych dekadach raczej niemrawy wzrost g.

Ale czym jest to wstrętne „r”, powodujące nierówności? To wzrost wartości naszego majątku (wealth). Majątku, czyli pieniędzy (na różnego rodzaju kontach, lokatach, „w skarpecie” itp.), akcji, obligacji, jednostek funduszy inwestycyjnych, udziałów w spółkach, nieruchomości, ale także dzieł sztuki, mebli, win, biżuterii itp. Nieruchomości stanowią największą część majątku klasy średniej, dla której zamieszkiwany dom jest głównym składnikiem majątku (w przypadku zamożniejszych gospodarstw domowych również drugi dom w górach czy nad morzem). Wraz z bogaceniem się, udział nieruchomości w portfelu z reguły spada na rzecz akcji czy różnego rodzaju ruchomości (samochodów, jachtów, samolotów, dzieł sztuki, cennych przedmiotów kolekcjonerskich), jednak jak sugeruje Pressman, raczej nie spada poniżej 40%.

Druga zmienna, czyli g, utożsamiana jest ze wzrostem PKB. Jest to miara bardzo zmienna, jednak Piketty swoją teorię opiera na uśrednionych wynikach z długiego okresu (np. 100, 1000, 2000 lat). Wówczas okazuje się, że nawet jeżeli ostatnie dwie dekady to dla jakiegoś kraju okres niesamowitej prosperity, i tak w skali całej swojej historii jego PKB rosło ok. 1-1,5% rocznie. Tymczasem r średnio około 5%.

Są to wartości bardzo uproszczone, w końcu np. nieruchomości mogły drożeć w jakimś mieście znacznie szybciej, a ludzie którzy zainwestowali w tulipany w XVII wieku raczej na tym nie zarobili. Nie ma to jednak większego znaczenia dla teorii Piketty’ego, która funkcjonuje na bardziej ogólnym poziomie.

Przykładzik

Weźmy przykład Krakowa – nasz praprapradziadek wybudował kamienicę w obrębie Plant, czyli w ścisłym centrum. Całe życie ją wynajmował, czerpiąc z tego zyski. Podobnie zrobił nasz prapradziadek, który pod koniec życia uzbierał wystarczająco majątku, żeby kupić drugą kamienicę. Nasz pradziadek był już w wygodnej sytuacji, ale jeszcze na dodatek nie był najgłupszy i dobrze zarabiał na wysokim stanowisku. Dzięki temu odremontował obie kamienice i zostawił na tyle dużo pieniędzy, że nasz dziadek kupił kolejną kamienicę. Nasz ojciec z kolei nie bardzo wiedział co robić z pieniędzmi, więc kupił jeszcze dwie i tym sposobem jesteśmy właścicielami połowy ulicy Brackiej, a dzięki wysokim stawkom czynszu poruszamy się po mieście śmigłowcem, omijając korki i drogie parkingi. Tak to mogło wyglądać na Zachodzie, a w wersji ekspresowej tak to wygląda w recenzowanej przeze mnie grze Landlord.

Innymi słowy, Piketty wykazuje, że stabilność ustrojowa i prawna w bardzo długim okresie pozwala na wzrost gigantycznych nierówności. Niewielkie różnice w zarobkach w XVI wieku albo większa skłonność do oszczędzania naszych przodków w XVII wieku mogły spowodować, że my jesteśmy miliarderami, a przedstawiciel innego długowiecznego rodu zaledwie przeciętniakiem, za to z grubym albumem i całą szafą rodowych pamiątek. W Polsce jednak teoria Piketty’ego wydaje się wręcz absurdalna. Jesteśmy krajem, który okres rewolucji przemysłowej spędził pod zaborami, dwudziestolecie międzywojenne starał się wykorzystać na zbudowanie państwa od zera, w czasie II wojny światowej został bardzo osłabiony, a okres PRLu skutecznie zwalczył resztki przetrwałej własności prywatnej.

Opodatkujmy… wszystko.

To, co zajęło Piketty’emu kilogram papieru można streścić w jednym zdaniu: żeby nierówności przestały rosnąć (albo przynajmniej rosły w bardzo powolnym tempie) trzeba sprawić, aby r było bliższe g. A skoro g wzrasta niechętnie i na krótko, trzeba obniżyć r.

Obniżyć zyski z majątku, czyli… tak, dobrze kombinujecie, opodatkować! Na co jednak zwraca uwagę Piketty – progresywny podatek dochodowy jest bezsensowny w samej swojej idei – nie wpływa przecież na r. Nawet jeżeli Bill Gates płaciłby 95% podatku od swojej pensji, jego majątek i tak będzie się pomnażał. Trzeba więc opodatkować majątek, ale najpierw go wycenić.

W tym miejscu powinna się zapalić czerwona lampka, że przecież to nasz dobrze znany i lubiany przez naukowców podatek katastralny, wspomina też o tym np. prof. Mączyńska (prezes PTE):

Co to znaczy „opodatkować majątek”?

– Na przykład ziemię i domy – to tzw. podatek katastralny, czyli od wartości nieruchomości. Jak ma pan trzy domy, to płaci co roku 2 proc. ich wartości. Trudniej przed takim podatkiem uciec, domów pan nie schowa do kieszeni ani nie wyśle na Kajmany. W Polsce od dziesięciu lat leży w Sejmie projekt wprowadzenia podatku katastralnego, moi studenci napisali już kilkanaście prac na temat tego projektu.

Jednak jak sam Piketty ostrzega, ograniczenie się do podatku katastralnego nic nie da. Teoretycznie istnieje tutaj ryzyko, że ktoś kiedyś wpadnie na pomysł populistycznego wprowadzenia bardzo wysokiego podatku katastralnego w myśl idei niech bogacze płacą, w końcu stać ich na ośmiorniczki i apartamentowce. Jeżeli jednak wprowadzilibyśmy podatek katastralny, który miałby w zamyśle zdławić r (a nie zastąpić obecny podatek), wówczas najbogatsi próbowaliby uciec z majątkiem gdzie indziej. Doszłoby do sytuacji, w której wszyscy najbogatsi Polacy mieszkali w wynajętych mieszkaniach, za to z Matejką na ścianie.

Problematyczna może być również wycena innych składników majątku (zwłaszcza rzadkie przedmioty, antyki, dzieła sztuki), wymagająca ekspertyz i dużo kosztowniejsza od masowych wycen nieruchomości czy łatwych wycen np. samochodów.

Na koniec zostawiłem sobie najważniejszy problem – w XXI wieku kapitał jest bardzo mobilny. Ostatnie sensacje związane z rajami podatkowymi są tylko jednym z tego przejawów, dobrze jednak obrazuje jak łatwo kapitał wędruje do miejsc, w których są niższe podatki. Żeby zatem w myśl teorii Piketty’ego powstrzymać rosnące nierówności społeczne konieczne byłoby wprowadzenie spójnych podatków od majątku… na całym świecie. Utopijna wizja, w którą wątpi nawet sam Piketty, co jest raczej smutną puentą. Stoimy nad przepaścią i szykujemy się do kolejnego kroku naprzód.

Dalsza lektura

wspominane opracowanie: Steven Pressman, Understanding Piketty’s Capital in the Twenty-First Century (np. Amazon)

artykuły i wywiady w internecie:

wywiad z prof. Mączyńską

wywiad z Pikettym

The economist o Pikettym

Fortune o tym, że winne są nieruchomości

Instytut Misesa o Pikettym (bardzo stronniczo!)

 

Lektura tygodnia #3

wanna-z-kolumnadaZgodnie z zapowiedzią, wiosną przyglądam się książkom Filipa Springera. Na pierwszy ogień rusza Wanna z kolumnadą – książka wydana w 2013 roku, będąca już klasykiem gatunku, prezentowaną nawet na stoisku promującym kierunek gospodarka przestrzenna na mojej uczelni.

Czym jest Wanna z kolumnadą? Na pewno nie jest książką naukową. Nie jest też przegadaną książką popularnonaukową, bliżej jej raczej do albumu uzupełnionego o zapiski z podróży po Polsce, co z resztą sugeruje podtytuł (Reportaże o polskiej przestrzeni). Filip Springer spotyka się z władzami miast, urbanistami, naukowcami (w tym z uwielbianą przeze mnie Karoliną Kajdanek – jej książkom na pewno poświęcę kilka wpisów w przyszłości), ale także z mieszkańcami najbardziej absurdalnych dzielnic i osiedli.

Filip Springer w Wannie z kolumnadą sumiennie spisuje opowieści, słuchane jednak raczej z ironicznym uśmiechem, bo taka jest cała książka. Ironia i absurd są obecne praktycznie w każdym zdaniu. I na każdym zdjęciu, choć to już nie jest zasługa autora, a naszego krajobrazu. Humor jest tu jak najbardziej wskazany, bo jak sam autor stwierdza we wstępie, „w Polsce jest brzydko i wszystko wskazuje na to, że wkrótce będzie jeszcze brzydziej”. Nie ma więc wyjścia, trzeba albo popaść w bezdenną depresję, albo ratować się śmiechem.

Nieprzerwanie od 1989 roku udowadniamy światu, że potrafimy wynieść eklektyzm na zupełnie nowy i nieznany dotąd poziom. Z zamiłowaniem uprawiamy abstrakcję urbanistyczną, czując dreszczyk emocji za każdym razem, gdy uda się przekroczyć nieprzekraczalną do tej pory granicę dobrego smaku i zdrowego rozsądku.

Nie wszyscy czują się jednak w takiej rzeczywistości dobrze, a na nowych osiedlach i przedmieściach wielu ludzi zbyt późno przekonuje się, że kredyt na 30 lat zaciągnęli na nieruchomość bardzo daleką od zaspokojenia ich potrzeb. To budzi zarówno frustracje:

Zaglądam też na osiedlowe forum internetowe. Są tu takie wątki, w których przejście od fazy „zróbmy coś razem” do fazy „pierdol się” zajmuje sąsiadom nie więcej niż pięć postów.

Jak i dużą dozę autoironii:

-Robię reportaż o przedmieściu – odpowiadam.

– To nie jest przedmieście, to Wrocław. Granicę miasta mamy za płotem. Kupowałem dom w mieście.

Milczymy przez chwilę, rozglądam się wokół. Za tym płotem, który wskazał, widzę obsiane pole, dalej kilka drzew i znowu pole.

– Często musi pan to sobie powtarzać? – pytam

– Raz w miesiącu, gdy płacę ratę kredytu. Zimą trochę częściej – odpowiada.

Wanna z kolumnadą to książka, którą po prostu powinniśmy przeczytać, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliśmy. Nawet jeżeli nie interesujemy się nieruchomościami, a urbanistyka kojarzy nam się tylko z Jerzym Urbanem. Zachęci nas ona do rozejrzenia się wokół siebie, spojrzenia z pewnym dystansem na nasze osiedle czy dzielnicę. A wtedy nie pozostanie nam już nic innego, jak tylko bezradnie się roześmiać.

Gdzie przeczytać?

Filip Springer, Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Książka nadal powszechnie dostępna w księgarniach, również w formie ebooka.

Wielkanoc i plany na wiosnę

Wszystkim wiernym (tym niewiernym zresztą też) czytelnikom pragnę złożyć życzenia wesołych, spokojnych Świąt Wielkanocnych, pełnych majonezu, jajek i rodziny. Wesołego Alleluja!

Jednocześnie rozpoczyna się Wiosna ze Springerem – przez nadchodzące  tygodnie przyjrzę się książkom Filipa Springera, które między innymi w przystępny (?) i przyjemny (??) sposób przybliżają obecną sytuację urbanistyczną w Polsce oraz perspektywy jej zmian.

Żory – miasto, w którym się da

Słyszeliście o Żorach? Jeżeli jeszcze nie, to pod koniec zeszłego roku pojawiło się 1000 nowych powodów, by zainteresować się tym miastem. Tyle mieszkań miasto wybuduje w ramach programu „Z przyszłością w Żorach”.

Latem tego roku rusza budowa pierwszego etapu 6 bloków (578 mieszkań). Wizualizacja (źródło) naniesiona na zdjęcie lotnicze wygląda bardzo obiecująco!

zory-wojciech-wojciechowski

Żory – dlaczego jeszcze tu nie mieszkasz?

Dobre pytanie. Żory są spokojne, zadbane, ładne i pełne energii. Urodziła się tu Ewa Swoboda, ogromny talent w biegach, której plakaty będą wisiały niedługo w każdym jamajskim domu. Żory są na tyle małe, że można w nich spokojnie żyć, ale na tyle duże, że nie trzeba po wszystko jeździć do sąsiedniego Rybnika.

Żory w ostatnich latach świetnie się rozwijają, podkreślając jednocześnie swoją bardzo długą historię (niedawno świętowały swoje 744-lecie) oraz idealne położenie komunikacyjne, pomiędzy autostradą A1 i „wiślanką” (DK81 relacji Katowice-Skoczów). Do Katowic dojedziecie szybciej niż z Nowej Huty na Bronowice, a do Rybnika szybciej niż doczytacie ten tekst do końca. Tylko po co wyjeżdżać z Żor, skoro jest tu darmowa komunikacja miejska?

Do odważnych Żorzan świat należy

Nawet jeśli mieszkacie w Żorach lub okolicy i znacie to miasto, skala planowanej inwestycji budzi zaciekawienie. 1000 mieszkań w Krakowie czy Warszawie byłoby dużą inwestycją. W Żorach liczących ok. 60 tysięcy mieszkańców jest to inwestycja gigantyczna.

W skrócie: Osiedle realizują Zakłady Techniki Komunalnej (100% udziałów w posiadaniu Gminy Miejskiej Żory). Projekt nieprzynoszący zysków, samofinansujący się mechanizm (pokrycie kosztów utrzymania mieszkań). Nadwyżka nad bieżące utrzymane przeznaczana na spłatę zadłużenia.

Czego miasto oczekuje w zamian? Zameldowania w Żorach, faktycznego zamieszkania w mieszkaniu i płacenia podatków w Żorach. Oczywiście trzeba też wykazać, ze stać nas na płacenie czynszu (prezydent Waldemar Socha mówi o dochodach przewyższających o 500 zł kwotę czynszu – kwota bardzo ostatnio modna).

Warunki te spełniają praktycznie wszyscy, do których jest adresowana oferta, czyli przede wszystkim młode małżeństwa, zbyt zamożne na klasyczną pomoc od miasta, jednak zbyt biedne na kredyt w banku (lub po prostu nie chcą go zaciągać).

ZTK deklaruje, że 85% mieszkań ma mieć powierzchnię w przedziale 50-60 m. kw., co oznacza, że będą miały przede wszystkim 3 lub 4 pokoje i rozkład zbliżony do tych prezentowanych na wizualizacjach (w zależności od położenia w budynku).

zory-wizualizacje2

Ile to kosztuje?

19,80 zł za metr. A dokładniej 15,50 zł spłaty kosztu budowy i 4,30 zł za utrzymanie części wspólnych i ogrzewanie. Do tego dochodzi koszt energii elektrycznej i wody według zużycia.

Dla mieszkań z zamieszczonych wizualizacji koszty będą wynosić:

Mieszkanie M3: 19,80*50,19 = 993,76 zł (+prąd i woda)

Mieszkanie M4: 19,80*59,97 = 1187,41 zł (+ prąd i woda)

Po spłacie kosztu inwestycji, najemcy będą mieli możliwość wykupienia mieszkań „po preferencyjnej cenie”.  To jedyny punkt, który budzi moje wątpliwości, bo wolałbym mieszkania po prostu wynajmowane, stanowiące przejściową ofertę dla młodych albo znajdujących się w przejściowej sytuacji gospodarstw domowych. A tak jest ryzyko „przyspawania” lokatorów do mieszkania. Tak czy inaczej, Żory mają się czym pochwalić.

Artykuł sponsorowany przez niechęć do BGK i zawód Funduszem Mieszkań na Wynajem.

Fundusz Mieszkań na Wynajem, czyli jak w BGK zepsuł się jedyny ekspres do kawy

logo_FMnWPamiętacie Fundusz Mieszkań na Wynajem? Było głośno, było z pompą i zadęciem, była rewolucja na polskim rynku mieszkaniowym. Oto wchodził On. Fundusz. Mieszkania dla każdego, tanie, wykończone pod klucz (z polskimi sprzętami AGD), w dogodnych lokalizacjach i od pewnego właściciela, z premiami za długoterminowy najem. Cud, miód i orzeszki.

Niestety, gdy BGK powoli wyrastało na gwiazdę rocka na rynku nieruchomości, zepsuł im się ekspres do kawy.

Od chwili ogłoszenia programu, eufemizmem byłoby mówienie o jakimś rozwoju. Potencjał był spory, bo w marcu 2014 roku zapowiadano inwestycje na 5 mld złotych w ciągu najbliższych lat, najwięcej w drugim i trzecim roku (czyli 2015-2017). Okres ten jeszcze się nie skończył i wciąż jest szansa na zryw za kilka miesięcy, ale bądźmy szczerzy – w zapowiadane 20 tysięcy mieszkań już chyba nikt nie wierzy.

W komunikacie prasowym z grudnia czytamy, że rok 2015 BGK planował zamknąć z liczbą 2400 mieszkań. Cóż, 12% docelowej liczby, może nie jest tak źle? Niestety dowiadujemy się, że tylko 380 oddano do wynajmu, dalsze 1071 jest zakontraktowanych, a wobec 949 mieszkań dopiero finalizowana jest decyzja inwestycyjna (sic!). Streszczając trzy strony w jednym zdaniu: w ciągu roku udało się oddać do użytku 380 mieszkań w 3 lokalizacjach (Poznań, Piaseczno, Gdańsk).

Nie mniej karykaturalnie przedstawiają się plany w pozostałych miastach. Zapowiedź 45 (słownie: czterdziestu pięciu) mieszkań w Krakowie zdecydowanie wstrząsnęła lokalnym rynkiem najmu. No dobrze, Kraków jest wyjątkiem, dajmy na to w Katowicach planowanych jest 146 mieszkań, ciągle absurdalnie mało, ale już kilkukrotnie więcej. Haczyk? Realizacja dopiero w drugim kwartale 2017 roku.

Najbardziej w Funduszu Mieszkań na Wynajem irytuje niewykorzystanie potencjału. W 2014 roku można było odnieść wrażenie, że dzisiaj w każdym dużym mieście będzie przynajmniej jedna inwestycja z mieszkaniami na wynajem, dająca szanse młodym gospodarstwom domowym na atrakcyjne, wyposażone mieszkanie. Nawet przy braku zdolności kredytowej lub niepewności miejsca pracy.

Im większe nadzieje, tym większe rozczarowanie. Tym bardziej, gdy dowiadujemy się, że władze jednego (!) niedużego miasta na Śląsku zawstydziły BGK i same budują 1000 mieszkań na wynajem. Widocznie tam ekspres działa.

Lektura tygodnia #2

wrzask-w-przestrzeniSympatia do Piotra Sarzyńskiego wynika nie tylko z nazwiska, ale również z poruszanej tematyki. Wrzask w przestrzeni. Dlaczego w Polsce jest tak brzydko? jest kulminacją krytyki polskiego krajobrazu i architektury, bogato ilustrowaną i w twardej oprawie.

Fakt, że jest to książka z Biblioteki POLITYKI może u niektórych budzić obawy, na ile książka ma charakter polityczny. Trzeba jednak podkreślić, że poruszana tu tematyka jest w dużej mierze apolityczna, a krytyka sposobu zagospodarowania przestrzeni nie oszczędza nikogo.

Książka została wydana w 2012 roku jednak, co może być dość przykrą konstatacją, wciąż jest aktualna. Wciąż lubimy kicz i wciąż mamy meblościanki, a na jakiekolwiek zauważalne zmiany w mentalności musimy prawdopodobnie poczekać jeszcze przynajmniej kilkanaście lat.

Niestety nie jest to książka spójna. Sam autor we wstępie tłumaczy, że podstawą były artykuły publikowane w POLITYCE, które zostały zaktualizowane i rozbudowane, pojawiły się także części całkiem nowe, uzupełniające braki w tej analizie polskiego społeczeństwa. Wyszło jednak średnio.

W pierwszym momencie miałem skojarzenie z książkami Clarksona (ex-Top Gear), od dobrych kilku lat wydawanych wręcz taśmowo w Polsce, będących po prostu zbiorem przetłumaczonych felietonów autora. Niestety Wrzask przestrzeni próbuję udawać książkę i w obrębie tematycznych rozdziałów poszczególne artykuły rozdzielone są jedynie śródtytułami, mimo że czasami bardzo wyraźnie różnią się od siebie stylem i stanowią zamkniętą całość. Z tego powodu dość nieprzyjemnie czyta się ciągiem kilka części. Z drugiej jednak strony możemy dowolnie skakać po tematach i czytać tylko wybrane krótkie fragmenty. Gdyby tylko każdy artykuł zaczynał się od nowej strony i podczas kartkowania łatwo go było znaleźć…

Mimo tych niedociągnięć, wciąż jest to jedna z lepszych książek o podobnej tematyce. Idealna „na raz” w krótkiej przerwie, do poduszki albo do śniadania, z kolorowymi zdjęciami, które rozświetlą naszą brzydką i szarą rzeczywistość kiczowatymi rzeźbami i krzykliwymi reklamami na drogach wylotowych wielkich miast. Żyć nie umierać.

Gdzie przeczytać?

Piotr Sarzyński, Wrzask przestrzeni. Dlaczego w Polsce jest tak brzydko?, Biblioteka POLITYKI, Warszawa 2012.

Książka dostępna w sklepie POLITYKI.

Hrabia ziemianin poszukiwany od zaraz, atrakcyjne wynagrodzenie (podstawa + premia)

Niepozorny człowiek, ubrany elegancko, ale w sposób nie rzucający się w oczy. Pozostaje na uboczu, jego jacht niczym się nie wyróżnia, podobnie jak 5 kochanek, które na niego przyprowadza. Ot, kolejny bogacz zawinął do Monte Carlo w swojej drodze przez życie. Nikt jednak nie wie, że to szara eminencja, mająca w kieszeni pół Prądnika Czerwonego.

Jeżeli chcielibyście nim być, koniecznie musicie spróbować gry Landlord – Real Estate Tycoon. Mało jest gier o nieruchomościach, a najpopularniejsze polegają na wcielaniu się w burmistrza i zarządzaniu miastem, tutaj jednak dostajemy możliwość inwestycji w nieruchomości z całego świata. A cel? Bardzo prosty – zdobyć jak najwięcej pieniędzy.

Co najważniejsze, gra wykorzystuje lokalizację urządzenia, umożliwiając zakup nieruchomości z okolicy, w której aktualnie się znajdujemy. Sprawia to ogromną frajdę, ale też zmusza do strategicznego myślenia – jeżeli chcemy zapolować na jakiś znany obiekt w innym mieście, musimy wcześniej zgromadzić odpowiednie fundusze i w czasie wyjazdu kupić ile tylko zdołamy. Można kupić minimum 0,1%, a maksymalnie 100% udziału w danej nieruchomości.

Przykładowo będąc na Prądniku Czerwonym mamy dostępny taki obszar:

Screenshot (18 lut 2016 09_47_21)

Na czym zarabiamy? Autorzy mówią o zarobkach uzależnionych od ilości aktywnych użytkowników Facebooka i Foursquare’a w danym miejscu, najprawdopodobniej jest za to jakaś premia do podstawy wynikającej z wartości.

Screenshot (18 lut 2016 09_54_45)

Jest również globalny rynek nieruchomości, na którym możemy handlować z innymi graczami. Jeżeli nam się poszczęści, będziemy mogli kupić udziały w bardzo znanej nieruchomości np. z USA, prawdopodobnie jednak przyjdzie nam za to bardzo dużo zapłacić. Najbardziej opłacalne oferty cieszą się dużą popularnością i są kupowane za cenę kilkunastokrotnie przekraczającą ich wartość. Dodatkowo odbywa się to w formie aukcji, w której każda oferta kosztuje nas 5 monet.

Screenshot (18 lut 2016 09_44_44)

Niestety są też błędy – będąc w tym samym miejscu, nie zawsze mamy dostępne te same nieruchomości. Zdarzały się również dziwne obiekty, albo nie istniejące, albo podwójne, albo też wyraźnie źle zlokalizowane.

Na koniec o zakupach w aplikacji. Nie ma już chyba gier bez możliwości kupienia czegokolwiek, także i tym razem można kupować monety, które posłużą do przyspieszenia rozgrywki. Można kupić jednorazowy zastrzyk gotówki, zwiększenie przychodu przez następne 24 godziny, ale też ulepszenia naszej firmy – dodatkowi prawnicy usprawnią proces pozyskiwania nieruchomości, księgowi zadbają o koszty itp.  Można również wykupić ulepszenia dla każdej nieruchomości, choć ma to sens gdy posiadamy w niej większe udziały.

Screenshot (18 lut 2016 09_39_59)

Przy awansie na kolejny poziom (wyznaczany wartością całego naszego portfela nieruchomości) dostajemy w nagrodę monety, dzięki czemu przynajmniej na początku zabawy nie ma potrzeby kupowania dodatkowych. Jeżeli jednak kogoś gra wciągnie, to prawdopodobnie będzie odczuwał stały ich niedosyt. Żeby jednak zostać potentatem na rynku nieruchomości, trzeba najpierw zainwestować. Prawda?

Gdzie zagrać?

Landlord – Real Estate Tycoon. Gra dostępna na Androida i iOS.

Oficjalna strona: www.landlordgame.com

Google Play, iTunes

Lektura tygodnia #1

lt001Cykl Lektura tygodnia otwiera artykuł Ellis Delken Happiness in shrinking cities in Germany.

Choć nie jest to najnowszy tekst (dostępny online od 2007 roku), warto zwrócić uwagę na tematykę, którą porusza. Badania nad szczęściem to wciąż raczej egzotyka w Polsce, choć mogą bardzo dużo wnieść do analizy kondycji miast.

E. Delken skupia się na porównaniu miast z byłego NRD i Niemiec Zachodnich, nie tylko badając ogólny poziom szczęścia ich mieszkańców, ale również poziom zadowolenia z poszczególnych obszarów życia w mieście – publicznego transportu, jakości życia, stabilności zatrudnienia itp.

W ramach obu obszarów E. Delken wyróżnia miasta kurczące się, stabilne i rozwijające się i to właśnie ten podział dostarcza najbardziej zaskakujących informacji. Kurczące się miasta mogą się kojarzyć z zaniedbanymi budynkami, podupadłymi dzielnicami czy wysoką przestępczością, w skrócie z „miastem meneli” jak barwnie ujął to Bogusław Linda w kontekście Łodzi. Tymczasem z wyników badań można wywnioskować, że mieszkańcy kurczących się miast wcale nie są nieszczęśliwi, a wręcz żyje im się lepiej, niż tym z miast rozwijających się.

Szczęście w Polsce

W Polsce na największą skalę poziom szczęścia badany jest w Diagnozie społecznej – można samemu przejrzeć tabele z cząstkowymi wynikami na stronach 508-509. Uogólniona wersja jest też dostępna w formie infografiki opracowanej przez PAP.

W 2015 najszczęśliwszym miastem był Poznań, a w stosunku do 2011 roku sytuacja znacząco poprawiła się m.in. w Zielonej Górze, Olsztynie, Gliwicach i Rzeszowie.

Gdzie przeczytać?

E. Delken, Happiness in shrinking cities in Germany, Journal of Happiness Studies, June 2008, Volume 9, Issue 2, pp 213-218.

Dostępny za darmo pod adresem:

http://link.springer.com/article/10.1007%2Fs10902-007-9046-5

Komu rośnie, komu się kurczy?

Berliner Morgenpost opracował bardzo intuicyjną w obsłudze mapę Europy, przedstawiającą średnią roczną zmianę liczby ludności w latach 2001-2011. Pozwala ona w prosty sposób porównać sytuację pomiędzy krajami, co wciągnęło mnie na ponad godzinę – zwiedzałem całą Unię Europejską i w paru miejscach odkryłem coś nowego, czego wcześniej się nie spodziewałem.

Świetnie widoczne są też powszechnie znane zjawiska jak np. odpływ ludności z terenów byłego NRD czy wschodniej części Polski. Łatwo również dostrzec charakterystyczne „obwarzanki” wokół miast, świadczące o postępującym zjawisku suburbanizacji.

map-morgenpost

Mapa zainteresowała mnie tym bardziej, że kilka miesięcy temu przyglądałem się zmianom liczby ludności w polskich powiatach i również analizowałem zmiany na przestrzeni dekady, tyle tylko że w okresie 2004-2014. Dane które otrzymałem można zobaczyć na mapkach:

powiaty_male

W ciągu dekady wydarzyło się w Polsce bardzo dużo – powoli przyzwyczajaliśmy się do funkcjonowania w Unii Europejskiej, a większość wskaźników wskazuje na rosnące zarobki i poziom życia w Polsce. Z mojej perspektywy powstała autostrada A1, dzięki której połączenie z rodzinnego Rybnika do Krakowa stało się niezwykle wygodne, internet w końcu jest praktycznie tak szybki, jak na Zachodzie i widać coraz mniejsze różnice w wyposażeniu domu w najnowsze gadżety.

To właśnie z tymi zmianami wiążą się moje najpoważniejsze wątpliwości związane z zaprezentowaną niemiecką mapą. Czy uśredniając wyniki z całej dekady nie tracimy cennych informacji o tym, co działo się w jej trakcie? Czy może niektóre miasta znajdowały się w końcowej fazie rozwoju i zaczęły się kurczyć, czego na uśrednionych wynikach nie zaobserwujemy?

Na mapach, które wykorzystywałem, można zauważyć, że co do zasady niewiele się zmieniło – tereny kurczące się w 2004 z reguły kurczyły się nadal w 2014, a te które rosły, również rozwijały się dekadę później. Zmieniły się jednak m.in. kierunki rozwoju w powiatach wokół Warszawy, spadło tempo przyrostu liczby ludności w okolicach Szczecina, podobnie jak w całym województwie zachodniopomorskim. Powoli zmniejsza się również tempo przyrostu ludności w powiatach bydgoskim i toruńskim.

Jednak mimo pewnych uproszczeń, mapa przygotowana przez Berliner Morgenpost jest godna uwagi i wszystkim ciekawym świata dostarczy sporo interesujących informacji. I trochę zabawy.